Drugi raz w przeciągu kilku miesięcy wylądowaliśmy w Warszawie i drugi raz stolica przywitała nas iście syberyjską aurą. Ambitnie próbowaliśmy coś pozwiedzać, ale chłód wspomagany wiatrem i okazyjnie deszczem powodował, że częściej siedzieliśmy w lokalu rozgrzewając się herbatą.

Rosyjskie restauracje nie są częstym w Polsce zjawiskiem, tym  bardziej zachwycił nas widoczny z daleka, czerwony jak radziecka flaga neon z nazwą Babooshka, sugerujący że w środku znaleźć można potrawy zza wschodnich granic. Szczęśliwi, że w tej krainie kebabów i pizzerii trafiliśmy na taką perełkę, natychmiast weszliśmy do środka. I jak szybko weszliśmy tak szybko wyszliśmy – zonk bo wszystkie miejsca zajęte. Ale my się przecież tak łatwo nie poddajemy. Zarezerwowaliśmy stolik na dzień następny.

restauracja babooshka

wystrój Babooshki

Pierwsze wrażenia: jest przyjemnie. Z głośników sączy się rosyjska muzyka; dość eklektyczny zestaw składający się z ludowych szlagierów pokroju Kalinki, ale również momentami z typowego ruso polo – majteczki w kropeczki, tyle że po rosyjsku – dla jednych zaleta, ja nie przepadam. Wnętrza wykończone drewnem, tu i ówdzie jakieś zasłonki, koronki i inne ozdoby, które użyte z zamysłem tworzą przyjemne i ciepłe wnętrze. Obsługa uśmiechnięta i pomocna. Czas więc przejść do tego po co tu przyszliśmy.

restauracja babooshka

Menu

Co zjeść

lemoniada prosto z Gruzji

lemoniada prosto z Gruzji

Pierwsze spojrzenie w menu i już wiemy, że jest to raczej kuchnia radziecka niż rosyjska na co wskazują takie pozycje jak barszcz ukraiński, wareniki uzbeckie, kotlet po kijowsku czy draniki po białorusku. No ale chrzanić to, ważne żeby było smaczne. Zacznę od napojów, gdyż dostępne były nasze ukochane Gruzińskie lemoniady, które nie łatwo spotkać w Polsce, a są naprawdę przepyszne i zupełnie inne w smaku niż znane wszystkim oranżady (polecam szczególnie śmietankowo-waniliową!). Natalia tradycyjnie została przy herbacie (również gruzińskiej).

herbata gruzińska

herbata gruzińska

Jako że nie byliśmy super głodni, ominęliśmy przystawki wybierając od razu danie główne. Ja zdecydowałem się na pielmieni sybirskie, czyli rosyjską wersję pierogów z mięsem wieprzowo-wołowym podawaną w rosole i ze śmietaną. Duży plus za rosół, który fajnie komponował się z całością. Same pielmieni na przyzwoitym poziomie. Natalia również zamówiła coś pierogo-podobnego czyli wareniki uzbeckie z farszem z baraniny. Szczerze powiedziawszy to nie zanotowałem większej różnicy między obiema wersjami, no może jedynie nazwa… (Natalia: Według mnie wersja sybirska była trochę smaczniejsza. Być może wynikało to z faktu, że mój farsz był lekko jałowy. Poza tym na duży plus oceniam fakt, że zielenina jaką dodano do smaku była świeżą kolendrą, której specyficzny smak bardzo lubimy.)

pielmieni sybirskie

pielmieni sybirskie

Była z nami również przyjaciółka, która nas gościła w stolicy. Jako jedyna wyłamała się z szeregu zamawiając draniki z mięsem, czyli coś w stylu placków ziemniaczanych tyle że z mięsem w środku i okraszone śmietaną. W przeciwieństwie do naszych pierogów porcja była naprawdę duża i co najważniejsze smaczna (placki ziemniaczane raczej ciężko zepsuć).

Ceny

Zważywszy na prostotę i wielkość porcji wydaje mi się że ceny są trochę za duże. Mimo to restauracja Babooshka jest ciągle pełna ludzi, co raczej nie daje właścicielom impulsu do obniżki cen.

Pielmieni sybirskie duże – 24,90zł

Wareniki uzbeckie – 19,90zł

Draniki z mięsem – 19,90zł

Lemoniada gruzińska – 8zl

Herbata gruzińska – 6,5zł

Kilka refleksji na koniec

Nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z kuchnią rosyjską, toteż nie możemy powiedzieć czy to co jedliśmy faktycznie przypomina prawdzie rosyjskie potrawy. Pozycje w menu nie grzeszą wyszukanymi składnikami, można powiedzieć nawet, że są bardzo proste. Stosunek ceny do jakości taki sobie, acz bywało gorzej. W lokalu są również dostępne rosyjskie alkohole (piwa i wódki) a także mołdawskie wina. Zdecydowanie warto tu zajrzeć choćby raz. Nad kolejnym bym się zastanowił. Ostateczna ocena to słabe 4. Niech mają na zachętę :)

O Autorze

Dębowy - dumny posiadacz tytułu magistra turystyki. Tworzy bloga choć nie potrafi pisać. Bezgranicznie zakochany w przygnębiającej muzyce, dobrym reportażu i taniej whisky z colą. W wolnych chwilach podróżuje, czyta, słucha muzyki i marudzi. Marzy o objechaniu świata na wskroś i na wspak oraz wydaniu tomiku poezji dekadenckiej.