Dziś dla odmiany będzie nieco bardziej podróżniczo niż kulinarnie.

Kiedy byłem małym chłopcem fascynowały mnie odległe fragmenty ziemi. Ich ówczesna nieosiągalność była dla mnie czymś niemal mistycznym. Z wypiekami na twarzy wpatrywałem się w stary atlas rodziców, wyobrażając sobie jakie fantastyczne rzeczy muszą się znajdować po przeciwnej stronie globu. Moją wyrocznią była Krystyna Czubówna, która nawet o rozmnażaniu mięczaków potrafiła rozprawiać z takim magnetyzmem, że nie sposób się było oderwać od telewizora. Gdzieś w głowie rodziła się myśl, że pewnego dnia sam wyruszę na wielką wyprawę, przemierzając nieznane lądy i wyznaczając nowe, niezbadane szlaki. Jednak z biegiem czasu zacząłem interesować się innymi rzeczami, a marzenia o zostaniu polskim Indiana Jonsem gdzieś się zatarły. Splot różnych okoliczności pokazał, że tamten chłopiec i jego marzenia ciągle gdzieś we mnie siedziały i czekały tylko na odpowiedni impuls.

 

Pierwszy stop dęba

 Pierwsze razy na ogół są ekscytujące i nie inaczej było ze mną. Chciałbym w tym miejscu opowiedzieć historię o podróży pełnej przygód, o tym jak dzielnie wyruszyłem na spotkanie z nieznanym i że ledwo uszedłem z życiem walcząc z dziką przyrodą i nieokiełznanym żywiołem. Chciałbym, ale było jednak trochę inaczej…  Wydarzenie, które zmieniło moje postrzeganie pewnych rzeczy i powrót do ideałów z lat młodzieńczych, nie było żadną wielką wyprawą. Nie było nawet wycieczką krajoznawczą. Rzecz działa się późną zimą 2009 roku. Pierwszy rok mieszkania w Poznaniu i pierwsze dość intensywne miesiące studiów. Na tyle intensywne, że gdy miałem jechać na Wielkanoc do domu, okazało się że w portfelu zostało mi jakieś złoty pięćdziesiąt – stanowczo za mało na jakikolwiek bilet. Wszyscy znajomi wyjechali już wcześniej, więc nie było od kogo pożyczyć. Wtedy pierwszy raz pomyślałem o autostopie. W zasadzie nie miałem innego wyjścia i mimo, iż byłem pewny, że jest to wymarły relikt PRLu i nic z tego nie będzie, wsiadłem do autobusu jadącego w stronę wylotu miasta. Powiem szczerze, że trochę mi było głupio stanąć przy drodze i wyciągnąć kciuk, trochę się też tego obawiałem – to chyba domena wszystkich pierwszych razów. Stałem chwilę przyczajony na poboczu czekając nie wiem na co, w końcu jednak wystawiłem kciuk. Nie minęło 5 minut a nieopodal mnie zatrzymał się tir. Zamiast pobiec do kierowcy i spytać czy jedzie w moim kierunku stanąłem jak wryty i tylko się gapiłem, nie wierząc, że ktoś się dla mnie zatrzymał, a tym bardziej ciężarówka! Z letargu obudziło mnie głośne trąbienie i ręka machająca przez szybę. Ruszyłem więc w stronę auta. Otwieram drzwi i gramolę się do kabiny.

– dzień dobry! Jedzie Pan może do… – nie zdążyłem dokończyć zdania, gdyż kierowca zaczął obrzucać mnie kurwami we wszystkich możliwych deklinacjach, koniugacjach i zestawieniach z inną przyjemną łaciną. Zdębiałem. Autentycznie już prawie uciekałem, kiedy facet się uspokoił i kazał mi wsiadać. Okazało się że jechał w moją stronę, a ten wybuch gniewu spowodowany był tym że stanął w niedozwolonym miejscu, a ja stałem jak kołek zamiast biec w jego kierunku. W sumie całkiem zrozumiałe. Po tym jakże burzliwym początku naszej znajomości okazało się że mój wybawca jest Świadkiem Jehowy. Nie ma co, człowiekowi z takim temperamentem nikt rozmowy o Bogu nie odmówi! Gdy rozmowa niespodziewanie zeszła na tematy natury metafizycznej popełniłem kolejny tego dnia błąd: przyznałem się do bycia ateistą. Tym razem obyło się bez bluzgów, natomiast pan Zenek (nie pamiętam jak miał naprawdę na imię) postawił sobie za punkt honoru nawrócenie mnie na jedyną słuszną ścieżkę pojednania z Wszechmogącym. Ależ to była dyskusja i bitwa na argumenty! Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, więc po przeszło sześćdziesięciu kilometrach rozstałem się w pokoju z moim pierwszym stopowym kierowcą. Do domu zostało kilkanaście kilometrów, które pokonałem pociągiem (tym razem 1,50zł wystarczyło).

sprzęt

sprzęt gotowy do drogi

Tak jak mówiłem wcześniej: nie była to żadna wielka wyprawa ani wycieczka. Ot zwykły transport do domu. Ale to doświadczenie otworzyło mi oczy na zupełnie nowe możliwości, pokazało że chcieć to móc, a także że autostop to nie żadna PRLowska legenda, a coś absolutnie żywego i wartego dokładniejszego poznania. Po tej eskapadzie stawałem na poboczu częściej i więcej, ale to już tematy na zupełnie inne opowieści.

pierwszy tir

i pierwszy stop Natalii

Był maj. Powoli zbliżały się wakacje, nasze pierwsze wspólne. Po głowie chodziły nam Bałkany, nie wyobrażaliśmy sobie, że moglibyśmy wybrać inny środek transportu niż autostop. Dla mnie miał to być pierwszy raz i nie mogłam się doczekać! Ale do wyprawy jeszcze trochę czasu, a w rodzinnych stronach Dęba z okazji uroczystości obchodów miasta miał grać Kult i to za darmo. Powiedzieć, że nasze oszczędności nie prezentowały się zbyt okazale, byłoby wierutnym kłamstwem. One najzwyczajniej w świecie nie istniały. Właśnie wróciliśmy z majowego-weekendowego podziwiania fiordów w Norwegii, więc czerwony debet raził na koncie oczy. Koncertu nie odpuszczamy, jedziemy stopem! Mój pierwszy raz dotyczył więc tego samego kierunku, co pierwszy raz Dębowego.  Perspektywa łapania pierwszej w życiu transportowej okazji była niezwykle ekscytująca. Trochę dziwnie tak stać przy drodze i machać ręką, ale trzeba się zahartować! Czego się nie robi dla dobra sprawy i wspaniałych przygód. Oczywiście plecaki ułożyliśmy przed nami, żeby rzucały się w oczy. Trochę się nastaliśmy, bo dopiero po 40 minutach ktoś się zatrzymał. Mężczyzna okazał się członkiem ekipy Fabryki Zespołów. Zajmował się między innymi eliminacjami kapel, które występują na Przystanku Woodstock, więc bardzo przypadł mu do gustu cel naszej eskapady. Pogadaliśmy o muzyce, talentach, sławie, realizowaniu swoich pasji i marzeń. Przemierzyliśmy z nim ok 25 km. Kiedy wysiedliśmy, a emocje trochę opadły zaczęłam się lekko niepokoić, bo przypomniało mi się, że to nie jedyny pierwszy raz, który mnie tego dnia czekał… Jechaliśmy do domu Dębowego, a ja wcześniej nie miałam okazji spotkać jego rodziców. Nie miałam jednak czasu na dłuższe rozmyślanie, co też może pójść nie tak, bo zaraz po umiejscowieniu się w autobusowej zatoczce, zatrzymał się nasz kolejny transport. I to nie byle jaki! Marzenie o przejechaniu się tirem właśnie się realizowało! Resztę drogi spędziliśmy gawędząc z naszym szoferem o urokach i dyskomfortach pracy jako kierowca. Koncert się udał, przed rodzicami chyba nie wypadłam najgorzej, a w środku zrodziła się wielka chęć jak najszybszego ruszenia w świat i zgłębiania tajników autostopu.

łapanie na kartkę

tak się łapie stopa!

plecak przy drodze

wierny towarzysz podróży

O Autorze

Dębowy - dumny posiadacz tytułu magistra turystyki. Tworzy bloga choć nie potrafi pisać. Bezgranicznie zakochany w przygnębiającej muzyce, dobrym reportażu i taniej whisky z colą. W wolnych chwilach podróżuje, czyta, słucha muzyki i marudzi. Marzy o objechaniu świata na wskroś i na wspak oraz wydaniu tomiku poezji dekadenckiej.