Powiadają, że Jezus ma zejść na ziemię jeszcze raz. Ale niekoniecznie po to żeby rozmnażać ryby i chleb albo głodować na pustyni. Wróci po to, żeby zetrzeć to wszystko w pył i spuścić grzesznikom solidny łomot w ramach zapowiadanej od wieków apokalipsy. Wiecie, czterej jeźdźcy, plagi i te sprawy. Dlaczego o tym wspominam? Bo już wiadomo gdzie to się zacznie. Jest takie miejsce w skalistej i mroźnej Norwegii, gdzie tuż obok łosi biegają trolle, a ziemię przecinają w poprzek potężne fiordy. I to właśnie nad jednym z nich góruje preikestolen – miejsce z którego mesjasz (ja stawiam raczej na Odyna) oznajmi ludziom, że zaraz będzie wpierdol i pójdą do piekła. Dlaczego akurat stamtąd? Sami zobaczcie:

Preikestolen

Robi wrażenie prawda? flick.com by txoof

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem to miejsce na jakimś zdjęciu, wiedziałem, że kiedyś tam stanę. Po prostu wiedziałem. Tak się właśnie rodzą marzenia. I jak się pewnie domyślacie – udało się! To był maj. Długi weekend. Dorwaliśmy tanie bilety i w drogę. Lot mieliśmy niestety do Torp pod Oslo, musieliśmy więc przedostać się na drugą stronę kraju. W tym celu wsiedliśmy w nocny pociąg do Stavanger (na szczęście też udało się kupić tanie bilety). Oczywiście można lecieć od razu do Stavanger, lecz w naszym wypadku wyszłoby to znacznie drożej. W oczekiwaniu na pociąg zwiedziliśmy Tonsberg, bodajże najstarsze norweskie miasto. Nieoczekiwanie odkryliśmy tam swojskie kulinarne akcenty:

polskie pierogi na norweskiej ziemi

polskie pierogi na norweskiej ziemi

Nocnym pociągiem do krainy fiordów

Trochę teraz żałujemy, że jechaliśmy nocnym pociągiem. Pomijając fakt przepaści technologicznej oraz komfortu jazdy między pociągami w Polsce i Norwegii, różnica jest również w tym co widać za oknem. Większość czasu zwyczajnie przespaliśmy, lecz nad ranem, gdy słońce dopiero nieśmiało wychylało się zza widnokręgu, uświadomiliśmy sobie przez jak piękne tereny przejeżdżamy. Jeziora, rzeki, wodospady, lasy, zielone pagórki i pasące się na nich owce, do tego malowniczo położone wioski z drewnianymi domami. To zdumiewające ile pracy i pieniędzy wymagało wybudowanie sieci torów w kraju, w którym płaskie tereny prawie że nie występują. Każdy kilometr został wręcz siłą wyrwany z rąk natury.

Do Stavanger docieramy wcześnie rano. Odnajdujemy dobrze zakamuflowany sklep kartograficzny, kupując od razu mapę okolic Lysefiordu, po których będziemy błądzić przez najbliższe kilka dni i to często całkiem dosłownie (o tym trochę później). Uzupełniwszy prowiant o kilka nieprzyzwoicie drogich pierdół pierwszej potrzeby, ruszyliśmy w stronę przystani, gdzie czekał już nasz prom na drugą stronę fiordu, skąd miała się rozpocząć nasza wędrówka po norweskich kniejach. Prawdę mówiąc nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie chcemy iść. Byle było dziko i pięknie. Chcieliśmy choć na chwilę zatracić się w czymś pierwotnym, jak Thoreau nad jeziorem Walden, choć może w nieco mniejszej skali. Poczuć w płucach rześkie górskie powietrze, zaczerpnąć wody prosto ze źródła i zanurzyć się w niemożliwe zimnym potoku. Tylko tyle, by choć przez moment doświadczyć czegoś co w świecie ze szkła i betonu dawno już zostało zapomniane. Proste przyjemności. Być a nie mieć.

Ekipa prawie cała

Ekipa prawie cała

wybieramy trasę!

wybieramy trasę!

Into the wild!

Szybkie rzucenie okiem na mapę i już mniej więcej wiemy gdzie iść. Wychodzimy więc z miasteczka Jørpeland na jeden z licznych szlaków w tych okolicach. Już po kilkuset metrach, krajobraz zmienia się diametralnie. Asfaltowe ulice ustępują miejsca kamienistym szlakom, a w miejscu gdzie kończy się zabudowa wyrastają porośnięte iglakami pagóry – nasz dom na najbliższe kilka dni. Przez pierwsze kilometry idziemy wzdłuż potoku, mijając co jakiś czas szumiące wodospady. Trochę śmiać mi się chcę, gdy pomyślę chociażby o wodospadzie Szlarki lub Kamieńczyku w Szklarskiej Porębie, które tam uchodzą za wielką atrakcję. Tutaj takie „szklarki” napotykamy co kilkadziesiąt minut, idąc pierwszym lepszym szlakiem.

Żeby nie było tak pięknie, to pomarudzę trochę na znakowanie szlaków. Po ciężkiej wspinaczce na jedno ze wzgórz, dochodzimy do miejsca, gdzie krzyżowały się ze sobą trzy ścieżki. Wszystkie czerwone. Wiedzieliśmy już wtedy, że obozować będziemy nad jeziorem, które wg mapy znajdowało się kilka kilometrów od nas. Ta sama mapa pokazywała też, że jest tam domek DNT – Norweskiego Stowarzyszenia Trekkingowego, do którego przyjaciółka zdobyła klucz. Sęk w tym, że prowadziła tam tylko jedna ścieżka, a do wyboru były trzy. I co tu zrobić? To proste – wyciągnąć mapę i busolę, znaleźć jakieś punkty odniesienia, policzyć azymut i voila! Wszystko wiadomo (tak się nam przynajmniej wydawało). No… i rzeczywiście doszliśmy do jeziora, wprawdzie z zupełnie innej strony niż oczekiwaliśmy, ale zawsze. Nie wiem nawet czy to było to jezioro czy też inne. Nawet jeśli, to co za różnica. Było cicho, pięknie, dookoła góry, lasy, jezioro z czystą wodą i dużo żubrówki z bezcłowej strefy. Domek też był, z tym, że nie ten którego się spodziewaliśmy.

I to właśnie koło niego się rozbiliśmy, gdyż  było to jedyne miejsce z odrobioną prawie płaskiego miejsca na namioty. Do tego gruba warstwa mchów zapewniająca wygodny  sen i dodatkową izolację od zimna. W końcu zaczęło się ściemniać, zrobiło się zimno. Rozpalamy ognisko. W ruch idą kabanosy, parówki i woda ognista. Dużo wody.

Próba  ugotowania wody na herbatę

Próba ugotowania wody na herbatę

Nasz namiot wciśnięty między drzewa

Nasz namiot wciśnięty między drzewa

Takie rumowiska to norma na szlaku

Takie rumowiska to norma na szlaku

Biedronkowe kabanosy trochę się przypiekły...

Biedronkowe kabanosy trochę się przypiekły…

Najlepsze rozmowy zawsze przy ogniu, zwłaszcza jak jest co pić :)

Najlepsze rozmowy zawsze przy ogniu, zwłaszcza jak jest co pić :)

Nocna wizyta niespodziewanego gościa

Chyba za dużo zważywszy na to co okazało się nad ranem. Chcemy zrobić śniadanie, ale nie ma torby z jedzeniem! A przecież cały czas była w przedsionku. Dziwna sytuacja. Ktoś oddala się od namiotu i woła z daleka, że odnalazł potargany chleb. Kawałek dalej sucharki. A jeszcze dalej nadszarpaną torbę. Mieliśmy w nocy gościa. Spaliśmy tak twardo, że nie usłyszeliśmy nawet, że coś wlazło do naszego namiotu i wykradło zapasy. Już nawet nie wspomnę o tym jak głupi byliśmy zostawiając je w takim miejscu. Jedno było pewne. Nie byliśmy tam sami…

Na szczęście, część jedzenia była jeszcze zapakowana w plecakach. W tym życiodajne kabanosy prosto z biedronki, które zjedliśmy uprażone na jednorazowym grillu. Cały czas wierząc, że jesteśmy nad dobrym jeziorem tyle, że ze złej strony, ruszyliśmy na jego drugi brzeg w celu zbadania domku  majaczącego z daleka. Droga prowadziła przez rumowisko wielkich kamlotów porośniętych mchem, który zdradziecko porastał szczeliny między skałami. Co jakiś czas ktoś z nas w nie wpadał. W jednej z takich dziur prawie skręciłem nogę, która bolała mnie jeszcze przez następny tydzień. W końcu docieramy do domku. Klucz nie pasuje. To nie to miejsce. W końcu dociera do nas, że to chyba jednak inne jezioro. Trudno, namiot też daje radę. Trzeba powoli zbierać tyłki i wracać do obozu zanim się ściemni, ale noga boli coraz bardziej.

Dryfujemy po górskim jeziorze

Rozwiązanie znajdujemy na jeziorze, przycumowane do drzewa. Czerwony, plastikowy ponton. Szybka decyzja – pożyczamy na jeden dzień licząc, że właściciel nie pojawi się do tego czasu. Łódką płynę ja i Natalia. Ola, Magda i Eivind (o których zapomniałem wspomnieć na początku, za co przepraszam) wracają lądem. Pływanie po górskim jeziorze to fantastyczna sprawa. Sunęliśmy po niezmąconej falą tafli wody w zupełnej ciszy, ciesząc się spokojem, którego próżno szukać w naszym codziennym środowisku.

Płyniemy!

Płyniemy!

Przybijamy do brzegu

Przybijamy do brzegu

W oddali widać miasteczko z którego przyszliśmy. Z tego miejsca było widać, że szliśmy mocno okrężną drogą...

W oddali widać miasteczko z którego przyszliśmy. Z tego miejsca było widać, że szliśmy mocno okrężną drogą…

Na kolejną noc zabrakło żubrówki, toteż mój sen nie był już tak mocny. Z nocą w lesie jest tak, że ciężko odbierać ją obojętnie. Jest w tym pewna magia, ale i napawa niepokojem. To czego nie widać najbardziej przeraża. Sami pewnie przyznacie, że będąc w lesie w nocy, nawet ćwierkanie ptaków wydaje się złowieszcze.  Większość mieszkańców tego środowiska, to stworzenia żerujące  po zmroku, co dość łatwo usłyszeć i co przyprawia mnie za każdym razem o ciarki na plecach. Niestety każdy szmer dobiegający zza namiotu moja wyobraźnia wizualizuje jako watahę wilków lub wygłodniałego niedźwiedzia, podczas gdy w rzeczywistości są to wiewiórki, jeże i sarenki skubiące pobliskie krzaki. Tej nocy również mieliśmy gościa, lecz tym razem biedak znalazł tylko torbę ze śmieciami. Jedzenie powiesiliśmy wysoko na drzewie. Tym razem nie spałem i słyszałem jak skrada się koło namiotów. Nie chcąc budzić reszty, szeleściłem tylko folią NRC co chyba odstraszyło złodziejaszka. Do tej pory nie wiem co to było. Podejrzewamy lisa ale kto wie, może jakaś Chupacabra… :)

Część druga w tym samo wejście na preikestolen w części drugiej, która ukaże się już wkrótce!

O Autorze

Dębowy - dumny posiadacz tytułu magistra turystyki. Tworzy bloga choć nie potrafi pisać. Bezgranicznie zakochany w przygnębiającej muzyce, dobrym reportażu i taniej whisky z colą. W wolnych chwilach podróżuje, czyta, słucha muzyki i marudzi. Marzy o objechaniu świata na wskroś i na wspak oraz wydaniu tomiku poezji dekadenckiej.