Czy ktoś z Was marzy o tym, aby wybrać się na grzbiecie wielbłąda na pustynię, spędzić noc pod gołym niebem na Saharze obserwując gwiazdy na niebie jaśniejące, jak nigdzie indziej? Słuchać opowieści nomadów przy ognisku i kołysać się w rytm wygrywanych przez nich na bębnach pieśni? Jeśli planujecie kiedyś takie przedsięwzięcie, mamy dla Was kilka wskazówek jak dobrze zorganizować taką wyprawę, aby nic Wam nie umknęło i żeby nie przyćmiło tych doznań niemiłe doświadczenia związane z oszustwami czającymi się tu i ówdzie. Maroko chodziło nam po głowach od dłuższego czasu. Był 2013 rok. Po powrocie z Erasmusa mieliśmy trochę wolnego czasu. W północnej Afryce rozpoczynała się wiosna, a że za skrajnymi upałami nie przepadamy, wybraliśmy ten moment na realizację jednego z marzeń. Mogliśmy uciec przed szalejącymi w Polsce mrozami, chcieliśmy też złapać trochę marokańskich smaków. Zdecydowaliśmy się więc na lot z Berlina do Marrakeszu i rozpoczęliśmy eksplorację tego wspaniałego kraju.

Dęby na pustyni

Dęby na pustyni

Inspirujący Kazimierz Nowak

Niektórzy zapytają: „Dlaczego właśnie tam?” Mam nadzieję, ze przytoczone poniżej króciutkie fragmenty z fenomenalnej książki „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” rozwieją wątpliwości…

Sahary nie można opisać, można ją jedynie przeżyć. Romantyzmu Sahary nie ujrzy ani spoglądający na nią z nieba lotnik, ani pędzący autem turysta, bo aby poznać Saharę, trzeba iść nią powoli, od wody do wody, i trzeba nieść w sobie pył pustyni… trzeba oddychać nim.”

„Nie ma na świecie artysty, który potrafiłby oddać te kolory cieni i barw stropów, który oddałby setkę odcieni nocy saharysjkiej! Noce utkane ze srebrnego pyłu, granatami niebios wyzłoconego gwiazdami i nieskończonej masy piasku, który drży tajemniczymi cieniami nieznanych i niewidocznych kęp roślin”

A o Kazimierzu Nowaku jeszcze u nas poczytacie.

Pustynny zachód

Pustynny zachód

Dromaderem w siną dal

Omar, niesamowity Berber, który zorganizował dla nas wyprawę na pustynię zabrał nas do swojego rodzinnego domu, gdzie zostaliśmy poczęstowani przepysznym tradycyjnym omletem z warzywami. Oprowadził nas też po oazie, opowiedział o jej historii, sposobie tworzenia glinianych budynków, pokazał uprawy i system nawadniający. Około 17 dosiedliśmy wielbłądów i ruszyliśmy z jeszcze jedną parą w drogę, prowadzeni przez dwoje Beduinów. Pogoda była fantastyczna, słoneczna, ale nie upalna. Powoli oddalaliśmy się od wioski, zostawiliśmy w tyle zabudowania a przed nami rozciągało się morze złotego piasku na tle błękitnego nieba. Cisza. Nigdy nie znalazłam się w podobnym miejscu. Zero hałasu spowodowanego ludzką działalnością, z dala od dróg, brak przelatujących samolotów, brak świergotu ptaków i szumu drzew. Bezkresna cisza. Powolny, miarowy krok chwiejącego się i zapadającego rytmicznie w piasku wielbłąda oraz wydawane przez niego co jakiś czas chrząknięcia. Obserwowanie śladów pozostawionych przez zwierzęcych mieszkańców pustyni na złocistym pyle, zastanawianie się gdzie zmierzali i podziw jak wiele wysiłku i determinacji trzeba mieć, żeby przeżyć w tak ciężkich warunkach. Totalne wyciszenie i oczyszczenie umysłu. Najwspanialsze miejsce na przemyślenia, gdzie nic Cię nie rozprasza (trzeba tylko uważać i trzymać się mocno, jeśli akurat schodzi się w dół). Do obozowiska dotarliśmy tak, że zdążyliśmy jeszcze wspiąć się na wydmę, aby podziwiać z niej niesamowity pustynny zachód słońca. Niewiarygodne kolory zmieniające się z minuty na minutę. Cienie przybierające fantastyczne kształty i żyjące własnym życiem. Magia w czystej postaci.

Po wydmach można też szusować

Po wydmach można też szusować

 

Obozowisko pośród piasków

Obozowisko pośród piasków

 

Dęb władca

Władca piaszczystych bezkresów

 

Wieczorem czekało nas pyszne Tajine, owoce, deser, no i oczywiście Marokańska Whisky, czyli pyszna mocna i słodka zielona herbata z miętą. Później były jeszcze pustynne opowieści, zagadki, dowcipy i dokarmianie kota, który wziął się tam nie wiadomo skąd. Beduini próbowali nauczyć nas gry na bębnach, ale dla mnie, totalnego antytalencia muzycznego, ta sztuka okazała się zbyt skomplikowana. Chciałabym posiadać chociażby namiastkę słuchu muzycznego.

Wydma grań

Nie lada sztuką jest przemieszczanie się po piaszczystej grani

 

Wschód na Saharze

Saharyjski wschód

 

Noc na pustyni

Niebo nocą nad Saharą…  Owszem, było ładne, ale trochę się zawiedliśmy. Tak się składa, że trafiliśmy akurat prawie na pełnię, więc światło księżyca przyćmiło większość gwiazd i niebo niewiele różniło się od tego oglądanego na co dzień. Następnym razem udając się na pustynię, na pewno wybierzemy porę nowiu! I Wam też to polecamy. Noc spędziliśmy w ogromnym namiocie, przykryci ośmioma warstwami koców, dzięki czemu w ogóle nie odczuliśmy zimna. Zdeterminowany Dębowy nastawił budzik na 4 nad ranem, z nadzieją, że może nie będzie już księżyca i niebo będzie wyglądało inaczej, niestety łysol nadal królował na niebie. Pobudkę zrobili nam tak, żebyśmy znów mogli się wspiąć na wydmę i zachwycać się z niej wschodem. Niesamowite, jak szybko zmieniają się kolory na pustyni wraz z pojawiającym się słońcem. Niestety nadszedł czas powrotu i ruszyliśmy w drogę na grzbietach naszych dromaderów. Co do samego komfortu jazdy, to nie jest najgorzej. Wprawdzie siedzi się cały czas okrakiem i można nabawić się lekkich zakwasów. Trzeba też odrobiny skupienia, aby wiedzieć, kiedy wzmocnić uścisk i nie spaść. Bez problemu śmiga się przez kilka godzin, ale podziwiam uczestników karawan, którzy przemierzają pustynie długimi tygodniami i to latem, gdzie temperatura jest nieznośna. Dla mnie podróżowanie na grzbiecie było niezwykle przyjemne i nawet opanowałam technikę jazdy bez trzymanki! Poza tym wielbłądy to przeurocze, dostojne stworzenia. Od razu zaprzyjaźniliśmy się z naszymi!

Na grzbiecie wielbłąda

Bez trzymanki

 

Wielbłądy

Smyranie po pyszczkach lubiły, ale tulić się nie chciały

 

Na wielbłądach

Dęby na grzbietach wielbłądów

Teoretycznie udając się do miejscowości w pobliżu pustyni znajdziecie wiele ofert spędzenia nocy na Saharze. Trzeba jednak bardzo uważać. My zaaranżowaliśmy wszystko wcześniej ze względu na obawę przed oszustami, o których naczytaliśmy się i nasłuchaliśmy od znajomych. Na miejsce startowe wybraliśmy wioskę Merzouga, oazę położoną u stóp piaszczystych wydm Ergu Chebbi. Aby tam dotrzeć należy złapać autokar do jednej w pobliskich miejscowości: Erfoud albo Rissani. Już tam czyhają na każdym kroku organizatorzy, którzy oferują wycieczkę na wielbłądach, spędzenie nocy na Saharze i to wszystko w wyjątkowej cenie. Szkopuł tkwi w tym, że często zabierają Cię do swojego samochodu mówiąc, że jedziecie do ich kwatery/hotelu i nagle zjeżdżają na pustynne bezdroża. Jesteście w szczerym polu (raczej kamiennym) i wtedy zaczynają się negocjacje. Ich cena nagle wzrasta i grożą, że jeśli nie skorzystacie z oferty, zostawią Was, a wracać będziecie na piechotę (do najbliższej miejscowości jest dajmy na to 15-20 km pieszo po kamienistej lub żwirowej pustyni w pełnym słońcu). Drugą opcją jest to, że zabierają Was do swojego hotelu pośrodku niczego, gdzie nocleg wcale nie jest drogi, ale nie ma żadnego środka transportu, a zapatrywać musicie się w hotelowym sklepie, gdzie cena każdego produktu jest kilkukrotnie większa. Nie jest miło znaleźć się w podobnej sytuacji. Od razu pojawiają się negatywne emocje, wściekłość i brak wiary w ludzką uczciwość. Dlatego przed wyjazdem poszperałam w Internecie i znalazłam firmę, która miała same pozytywne komentarze. Już wtedy zaczęłam swoją przygodę z targowaniem, bo drogą mailową udało mi się wynegocjować cenę 30 euro od osoby! Camel Trekking prowadzi Omar, który przywrócił nam na miejscu wiarę w Marokańczyków. Jako jeden z nielicznych (może trzech podczas całej wyprawy) nie próbował nas oskubać i wycisnąć kolejnego dirhama za nie wiadomo co! Ostrzegł nas, żebyśmy nie wsiadali z nikim do samochodu, przyjechał po nas osobiście, a wiedzieliśmy, że to on, ponieważ wcześniej ustaliliśmy hasło, którym miał nas powitać, a było to „Natalia Krawczak” czyli moje imię i nazwisko. Autokar, którym jechaliśmy z Fezu przyjechał do Rissani sporo wcześniej niż w planie. Do przyjazdu Omara zostały jeszcze 2 godziny, przycupnęliśmy więc na jakimś murku, okutani we wszystkie możliwe warstwy ciuchów, bo było lodowato! Wtem podjeżdża biały samochód terenowy i wytacza się z niego potężny mężczyzna, pytając czy jedziemy na wycieczkę na pustynię. Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

My: Tak jedziemy.

On: Wspaniale, wsiadajcie. Mamy już dwóch turystów, pojedziecie razem!

My: Dziękujemy, ale czekamy na przyjaciela, który ma tu być niebawem.

On: Ale to ja jestem waszym przyjacielem, z którym się umawialiśmy, przepraszam za spóźnienie.

My: Jakie spóźnienie, przecież umawialiśmy się później…

On: To co, ja jestem waszym przyjacielem, jedziecie ze mną?

My: Prosimy o hasło.

On: Zapomniałem hasła. Tak się spieszyłem, że totalnie o nim zapomniałem. Chodźcie już.

My: Nie dzięki, poczekamy.

Pojechał. W ciągu następnej godziny zrobił kilka kółek, obserwując nas i co któreś zatrzymywał się i pytał czy nie zmieniliśmy zdania i nie chcemy skorzystać z jego oferty. W końcu o wymyślonej godzinie, którą podaliśmy mu jako godzinę spotkania z Omarem przyjechał znowu i zaczął się śmiać, że przyjaciel nas wystawił, że teraz to już w ogóle musimy z nim jechać, nie mamy innego wyjścia. W czasie, kiedy czekaliśmy na Omara zrobił jeszcze kilka kółek, podjął jeszcze parę nieudolnych prób zainteresowania nas swoją ofertą. Co ciekawe, przed wyjazdem przeczytałam w Internecie o niejakim „Fat Man of Rissani/Grubym Facecie z Rissani”, który jest bardzo nachalnym oszustem, próbującym zwerbować kogo się da. Coś nam się wydaje, że właśnie na niego trafiliśmy, bo opis się zgadzał…

Strona Omara – Camel Trekking: http://www.cameltrekking.com/

I opinie o nim na Trip Advisorze: http://www.tripadvisor.com/Attraction_Review-g304017-d1435806-Reviews-Camel_Trekking_Day_Tours-Merzouga_Meknes_Tafilalet_Region.html , jak możecie zauważyć same pozytywy!

 

Portret wielbłąda

Do zobaczenia na pustyni!

O Autorze

Trudno jej usiedzieć dłużej w jednym miejscu. Na szlaku, z podróżnym dobytkiem na plecach czuje się jak ryba w wodzie. Największe wrażenie wywołuje na niej twory natury. Godzinami może oglądać poczynania zwierzaków, w szczególności kóz i wyder, które swoim urokiem zaskarbiły sobie jej bezgraniczną sympatię. Lubi eksperymentować, szczególnie w kuchni, najbardziej z ciachami. Łakocie wyniucha wszędzie.