Nic nas w nocy nie zjadło, toteż spakowaliśmy obóz nad ranem, aby jak najszybciej ruszyć w stronę głównej atrakcji tego wyjazdu – Preikestolen. Mój lęk wysokości już nie mógł się doczekać… Pamiętacie pewnie z części pierwszej,  jak pożyczyliśmy sobie na parę godzin piękny czerwony katamaran. Tego ranka posłużył nam jako okręt transportowy wszystkich bagaży. Część ekipy ruszyła lądem, my natomiast wypłynęliśmy na burzliwe wody górskiego jeziorka by dokonać desantu na przeciwległy ląd.

Ponownie zachwyceni wyjątkowym spokojem tego miejsca, płyneliśmy nieśpiesznie wsłuchując się w szum wiatru i chlupanie wody. Niczego więcej tu wszak nie słychać. Nie ma samochodów, plotkujących starych bab, ani sąsiada z kosiarką. Nie ma nawet starszego pana z wędką klnącego na ryby, bo nie biorą. W całej Skandynawii są pewnie setki jeśli nie tysiące takich miejsc – całkowicie wolnych od paskudnych dźwięków cywilizacji, a to jest skarb znacznie cenniejszy niż złoża ropy i złota. Można nie lubić Norwegii za drożyznę czy system polityczny, ale nie znam nikogo kto nie zakochałby się w jej przyrodzie. Ot taka dygresja.

Eivind, Ola, Natalia, Magda... tylko Dębowego zabrakło :(

Eivind, Ola, Natalia, Magda… tylko Dębowego zabrakło :(

Bardziej cywilizowany fragment szlaku

Bardziej cywilizowany fragment szlaku

Po zaparkowaniu pontonu ruszyliśmy jedyną ścieżką w niewiadomym nam kierunku, który szczęśliwie okazał się słuszny, gdyż doszliśmy w okolicę miejsca, z którego ruszaliśmy 3 dni wcześniej. Było już mocno po południu, a więc bez szans by dostać się w pobliże Preikestolen. Z tego względu, a także dlatego, że zaczęło porządnie padać, rozbiliśmy się na łące przy szlaku. Obok radośnie płynął sobie potok, w którym postanowiliśmy się wykąpać, gdy się nieco rozpogodziło. Muszę przyznać, że było to jedno z intensywniejszych doznań tego wyjazdu… Nie wiem ile stopni miała ta woda, ale zanurzając w niej głowę czułem jak skóra opina mi czaszkę jakby miała się zaraz na niej rozerwać. Wbrew pozorom cudna sprawa! W takich chwilach czujesz, że żyjesz.

W dolinie Muminków

Ranek przywitał nas niesamowitym błękitem bezchmurnego nieba i niestety dość mocnym przeziębieniem jedynego Norwega w naszej ekipie. Na tyle mocnym, że musiał wyprawę zakończyć i wracać do domu, żeby nie załatwić się na amen. Zostaliśmy we trójkę. Po wyjściu z namiotu okazało się, że okolica skąpana w porannym słońcu prezentuje się idyllicznie niczym dolina Muminków. Niech mnie szlag, jeśli kiedyś nie postawię sobie domu w takim miejscu… Takiego małego z drewna z zagrodą dla kóz, grządką marchewek i kilkoma krzakami czerwonych winogron, z których zrobię wino, a te będę później popijał leżąc na hamaku, bezczelnie celebrując bycie szczęśliwym człowiekiem. Ot kolejna dygresja.

I te porośnięte mchem głazy...

I te porośnięte mchem głazy…

Huśtawka w dolinie muminków

Huśtawka w dolinie muminków

Woda ze strumieni jest tak czysta, że śmiało można ją pić

Woda ze strumieni jest tak czysta, że śmiało można ją pić

Jeszcze tego samego dnia mieliśmy stanąć na Pulpit Rock, zebraliśmy więc obóz do kupy, zakasaliśmy rękawy i w drogę. W końcu dobrnęliśmy do drogi prowadzącej prosto do bazy wypadowej na Preikestolen. Normalnie pewnie łapalibyśmy stopa, lecz czas naglił i dnia zostało już naprawdę niewiele. Wybraliśmy więc autobus. Na miejscu znajdujemy jakieś domki, schroniska, parking, restaurację i sklep z pamiątkami. Na pytanie gdzie możemy postawić namiot usłyszeliśmy, że w sumie to wszędzie. Rozbiliśmy się więc na łące nieopodal jeziora, władowaliśmy plecaki do środka, mając nadzieję, że skoro to Norwegia to nic im się nie stanie i ruszyliśmy na szlak!

Droga na Preikestolen

Jako, że życie bywa przewrotne, już na samym początku mijamy więcej Polaków niż Norwegów. Zerkam więc nerwowo z góry na nasz namiot i dopiero, gdy zniknął za skałami trochę się uspokajam i skupiam na wspinaczce. To nie tak, że daję się ponieść stereotypom, ale za długo mieszkam w Polsce, żeby wiedzieć, że coś jest na rzeczy. Ale to jest temat na zupełnie inny tekst, więc wróćmy do głównego wątku. Bo przecież właśnie spełniamy marzenia!

Szlak tym razem jest oznaczony porządnie, co jakiś czas tablice informują nas ile drogi przed nami i jakie przewyższenie przyjdzie nam pokonać. Droga na Preikestolen nie należy do super wyczerpujących. Są momenty gdy trzeba się trochę powspinać po głazach, ale i takie gdy szlak wiedzie z górki lub jest zupełnie płaski. Od czasu do czasu są też ławki ze stolikami dla tych, którzy chcą sobie zrobić przerwę na browara lub kanapki.

Na szlak wychodzimy dopiero o 17:00 co okazało się świetnym posunięciem, gdyż o tej godzinie jesteśmy jedynymi ludźmi zmierzającymi na górę, podczas gdy wszyscy inni już schodzą. W końcu zostajemy już tylko my. Pięknie! Droga wiedzie to w dół, to w górę, raz po głazach to znów drewnianą kładką nad bagnami, jednak prawdziwa zabawa zaczyna się na ostatnim odcinku, gdy co jakiś czas przyjdzie nam przejść tuż obok 600 metrowej przepaści. Ja wiem, że na wielu nie robi to żadnego wrażenia, ot przepaść jak przepaść i idą dalej. Ja mam niestety lęk wysokości i takie okoliczności powodują u mnie drżenie nóg, a świat dookoła zaczyna wirować jak w szalonym tańcu. Prawdę powiedziawszy niewiele się to różni od alkoholowego upojenia.

W kilku miejscach są łańcuchy, które dodają mi pewności siebie. W kilku innych chętnie widziałbym łańcuchy, ale przecież nie może być za łatwo. Po niecałych dwóch godzinach objawia się w całej swej krasie majestatyczny Lysefiord. Mimo iż jest to jeden z mniejszych fiordów, robi na nas ogromne wrażenie. Wiemy już, że cel tej wyprawy jest bardzo blisko. Z podniecenia ostatnie metry pokonujemy niemal biegiem. I oto jest. Przypadkowe dzieło natury przyprawiające o szybsze bicie serca. Moje pierwsze podróżnicze marzenie spełnione .

Takie tam z fioredem

Takie tam z fioredem

Wypadało się wychylić...

Wypadało się wychylić…

Lotnicza poza na preikestolen

Lotnicza poza na Preikestolen

Natalia i Magda

Natalia i Magda

Trójka zdobywców!

Trójka zdobywców!

Na górze wiatr wyprawiał dzikie harce wiejąc z ogromną siłą. I całe szczęście, bo dzięki temu nie było mowy o podejściu do krawędzi na wyprostowanych nogach, co Natalia zapewne by uczyniła doprowadzając mnie do zawału. Niemniej głowę wypadało za krawędź wychylić, co zrobiliśmy podczołgując się do niej. Wrażenia? Nie da się opisać. Tego trzeba zasmakować samemu.

Zrobiliśmy tylko kilka zdjęć. Po części z podniecenia, ale też dlatego, że było zimno jak cholera i powoli się ściemniało. Schodziliśmy już w blasku zachodzącego słońca. Niebo mieniło się odcieniami czerwieni i żółci. Nieco niżej wiatr zelżał, dając trochę wytchnienia rozwichrzonym włosom i załzawionym oczom. Coraz bardziej dawała znać o sobie zraniona wcześniej noga, ale jakie to miało teraz znacznie? Zeszliśmy do namiotu i uczciliśmy sukces puree z biedronkowym kabanosem.

Na tle zachodzącego słońca

Na tle zachodzącego słońca

Te kamienie to dla mnie najprzyjemniejsza część trasy

Te kamienie to dla mnie najprzyjemniejsza część trasy

kolacja mistrzów ;) może i wygląda paskudnie ale było pyszne!

kolacja mistrzów 😉 może i wygląda paskudnie ale było pyszne!

W dniu następnym mieliśmy iść zobaczyć jeszcze jeden punkt widokowy, niestety nie czułem się od rana zbyt dobrze i zrezygnowałem. Natalia została ze mną, a na szlak ruszyła tylko Magda. Poczekaliśmy na nią snując się po i tak dość przyjemnej okolicy, aby po południu ruszyć z powrotem do Stavanger, gdzie oczekiwał na nas Stig – nasz pierwszy host na Couchsurfingu. Mimo, iż był dość małomównym człowiekiem, okazał się fantastycznym gospodarzem. Zaufał nam do tego stopnia, że gdy w dniu naszego wyjazdu sam leciał do Niemiec wcześnie rano, zostawił nam całe swoje mieszkanie, gdyż samolot do Polski mieliśmy dopiero wieczorem. Powiedział, że wyglądamy na uczciwych i kazał zostawić klucze w wyznaczonym miejscu i tyle.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podsumowując: jedźcie bo warto. I tanio. Można znaleźć pół darmowe loty z Polski do Stavanger i wejść na Preikestolen zamykając się w 200zł albo nawet nie. A wspomnienia zostają na zawsze i są bezcenne.

Informacje praktyczne:

1. Koniecznie weźcie wysokie buty trekkingowe! Bez nich całkiem łatwo się zabić.

2. Jeśli chcesz zrobić to bardzo budżetowo, to jedzenie należy wziąć z Polski.

3. Namiot można rozbić legalnie prawie wszędzie (byle kilkadziesiąt metrów od budynków).

4. Warto wchodzić na Preikestolen wcześnie rano lub dość późno by uniknąć tłumów, które często tam występują (byle nie za późno bo będziecie schodzić po ciemku!).

5. Przeciętnym tempem wychodzi 2 godziny w jedną stronę.

6. W schronisku są darmowe toalety, można tam też uzupełnić wodę, gdyż ta jest dość droga

Ceny:

Tønsberg > Stavanger: 450 km – 200 NOK – 110 PLN „miniprice”. Wprawdzie normalna cena za ten dystans z dnia na dzień to ponad 900 NOK (chyba, że jesteś studentem, wtedy uzyskujesz 25% zniżkę), to jeśli zarezerwuje się z odpowiednim wyprzedzeniem można ustrzelić niezłą okazję.

Stavanger > Tau : prom 40 NOK – 22 PLN

Tau > parking Preikestolen: autobus: 55 NOK – 30 PLN

Stavanger > autobus miejski: jednorazowy dzienny 30 NOK/ 16,5 PLN, jednorazowy nocny 75 NOK /41 PLN, dobowy 80 NOK/44PLN , trzydniowy 140 NOK/77 PLN

Ceny aktualne w 2014 roku

O Autorze

Dębowy - dumny posiadacz tytułu magistra turystyki. Tworzy bloga choć nie potrafi pisać. Bezgranicznie zakochany w przygnębiającej muzyce, dobrym reportażu i taniej whisky z colą. W wolnych chwilach podróżuje, czyta, słucha muzyki i marudzi. Marzy o objechaniu świata na wskroś i na wspak oraz wydaniu tomiku poezji dekadenckiej.

  • Magdalena Ch

    o hah dopiero tu zajrzałam! Dobrze było pozdrowienia!